O różnościach poważnie lub mniej poważnie.

Widziałem ikrana cień

Kolejny wpis i tak się jakoś składa, że kolejne nawiązanie do filmu (ale nie tylko, bo i „liźniemy” trochę literatury i tematów dookoła). Wpis nie byle jaki, bo oto zabierzemy się za jeden z najgłośniejszych, a zarazem najbardziej kontrowersyjnych filmów w historii kina. Najgłośniejszych za sprawą największej w dziejach kinematografii promocji, zdobycia wszelkiej maści rekordów (m. in. najbardziej kasowy film wszech czasów) i niezwykłej technologi użytej przy produkcji.

Najbardziej kontrowersyjny dlatego, że tak naprawdę jest to film, który ciężko sklasyfikować. Mimo wielkiego sukcesu komercyjnego i finansowego, dzieło to bardziej dzieli niż łączy w opiniach i ocenach. O tym, co mi się podobało, a co nie – poniżej.

Wtajemniczeni już po samym tytule odgadną, o jakim filmie mowa. Jeśli zaś tytuł i słowo wstępu nic Ci nie mówią drogi Czytelniku to wiedz że coś się dzieje, że chodzi o osławionego „Avatara” w reżyserii Jamesa Camerona.

Na wstępie zaznaczę, że film oglądałem dopiero niedawno i od razu dodam: nie w 3D a w domowym zaciszu na ekranie komputera. Zanim jednak podniosą się głosy i krzyki, że to nie to samo, uspokajam, że zdaję sobie z tego świetnie sprawę. Całą kwestię związaną z 3D i ową różnicą traktuję zresztą jako dodatek. Tych, którym film się spodobał – 3D przyprawi o jęki zachwytu, ochy i achy. Z drugiej strony, jeżeli ktoś filmem się nie ekscytuje i uważa go za co najwyżej mierny – cóż, dla takiej osoby bogata oprawa audiowizualna w niczym nie pomoże, a czytywałem wypowiedzi osób, które wręcz czyniły z tego zarzut.

Do filmu od samego początku podchodziłem sceptycznie, przeczytawszy uprzednio wiele opinii i nauczony doświadczeniem, ukułem w swojej głowie stereotyp, że to, co tak szumnie reklamowane, nie zawsze musi być dobre. W związku z moją postawą – tym że byłem po prostu ciekaw, jaki to film – od początku wychwytywałem wszelkie za i przeciw, które w ostatecznej ocenie mi pomogły. Streszczając w kilku zdaniach: „Avatar” mnie ujął. Nie wyszukaną fabułą, która – nie oszukujmy się – nie była najwyższych lotów i nie stanowiła niczego odkrywczego w gatunku. Czynnikiem decydującym nie była również oprawa i wrażenia wizualne, które są świetne, aczkolwiek nie mam zwyczaju oceniać wartości czegokolwiek po opakowaniu i kolorowej zawartości. Jednakże miło było móc obserwować świat Pandory, zanurzyć się w nim, odkrywać jego tajemnice i dać się nieco oszukać, gdy to co nierealne wygląda tak prawdziwie, że ciężko odróżnić animację od tego, co faktycznie zarejestrowała kamera. Tym co mnie „chwyciło” w „Avatarze” była udana żonglerka tematami i motywami, które znamy z innych filmów. Daleko mi od czynienia z tego zarzutu, bowiem w tym obrazie wszystko było odpowiednio wyważone, wszystko było na swoim miejscu, nie było zbyt nachalne – słowem: mieszanina składników w odpowiednim stężeniu.

Wreszcie na plus zaliczam fabułę. Tak tak. Cóż w tym ciekawego? Otóż, jak wspomniałem, sama fabuła nie była odkrywcza, ani specjalnie wyszukana, a już na pewno nie pomagał w tym wątek miłości głównego bohatera z przedstawicielką Na’vi. Tym, co wysuwało się u mnie na pierwszy plan było poszanowanie życia, wolności i odmienności, którymi to czynnikami scenariusz wprost ocieka. W filmie wszystko służy jakiemuś celowi – niesamowite efekty pozwalają wsiąknąć w świat Pandory. Widz może faktycznie poczuć się jednym z Na’vi i w którymś momencie zadać sobie pytanie: „Po której stronie stoję?”. Film idealnie obrazuje fakt, że aby móc być obiektywnym w życiu, czasami dosłownie trzeba stanąć w czyichś butach. Kolejnym wątkiem jest symbioza pandorańczyków z otaczającą ich fauną i florą, co samo w sobie wydaje się piękne i zachwycające. Wszystkie te tematy, poprzez analogię odnosiłem do siebie samego, ludności jako ogółu i naszej planety.

Dodatkowego smaczku dodaje fakt, że podobną tematykę wykorzystywała moja ulubiona seria książkowa, czyli Saga Endera (autorstwa Orsona Scotta Carda), która to w mojej domowej biblioteczce zajmuje miejsce szczególne. Tam również wykorzystano motyw rdzennej ludności pewnej planety, temat człowieka jako intruza, przedstawiono wybory, decyzje, moralność. To tylko kolejny dowód na to, że Cameron pełnymi garściami czerpie ze skarbnicy gatunku.

Powie ktoś, że widz ze mnie naiwny i płytki, skoro garść efektów i historia, jak ta przedstawiona w filmie potrafią mnie zachwycić. Odbijając przysłowiową piłeczkę odpowiem niejako parafrazując jeden z komentarzy znalezionych w sieci: Być może fabuła filmu jest przewidywalna, płytka i mało oryginalna. Czy jednak poszanowanie wartości w niej przedstawionych również musi być płytkie? Czy ktoś, kto zachwyca się pięknem przedstawionej przyrody, od razu jest mięczakiem i głupcem? Czy widzem naiwnym jest się tylko dlatego, że ten akurat film jest taki a nie inny? Czasami najprostszy przekaz jest najskuteczniejszy. Nie bez znaczenia dla mnie jest też fakt, że film tak mocno wpływowy i przełomowy (biorąc pod uwagę progres technologiczny, sukces komercyjny) pielęgnuje wartości czyste i piękne. Warto zaznaczyć, że raczej nie jest to bez znaczenia. Jeśli ktoś dzięki temu filmowi odkryje w sobie duszę altruisty, z parszywego egocentryka zmieni się w osobę wrażliwą, czułą na wartości estetyczne, krzywdę drugiego człowieka (lub też nie-człowieka, jak w tym przypadku), to nie można odmówić dziełu wartości. Być może przy okazji była to potężna maszynka do produkcji zielonych. Wypada się tylko cieszyć, że nie była to wielka czerwona jatka w 3D, gdzie przemoc i krew są głównym czynnikiem mającym przyciągnąć widzów.

To tyle, niedługo nowe, wakacyjne wpisy. Pozdrawiam!

 Pobierz w PDF

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s