O różnościach poważnie lub mniej poważnie.

W to mi gRay!

Przyszedł czas na kolejną z filmowych recenzji, którą ostatnimi czasy udało mi się sklecić i naskrobać. Chodzi o niedawno obejrzany, w sumie zupełnie przypadkowo, film „Ray”, który telewizyjna jedynka bodajże zdecydowała się wyświetlić zapewne w ramach realizowania swojej medialnej „misji”. Misja misją, ale jeżeli takimi filmami ma to obfitować – nie mam absolutnie nic przeciwko temu, no może chciałbym tylko, aby takie seanse zdarzały się o bardziej przyzwoitej porze, gdyż „Ray” do najkrótszych nie należy i skończył się w okolicach pierwszej w nocy. Ale… było jak najbardziej warto!

 

W telegraficznym skrócie „Ray” to biograficzny film traktujący o życiu osobistym i karierze muzycznej wspaniałego artysty, którym był Ray Charles Robinson. Tym, którzy na pierwszy rzut oka nazwiska nie kojarzą, polecam wklepać powyższe w googlową szukajkę, czy też tę na YouTube i odsłuchać kilku utworów. Okazuje się, że te piosenki znane są nam „od zawsze”, a większość z nich to wielkie przeboje światowej muzyki.

 

To tyle o filmie w skrócie. Już nieco mniej skrótowo, jest to film o wielkim człowieku i wielkim artyście. O miłości do muzyki, piętnie przeszłości, problemach życiowych, nałogach, komercyjnej stronie muzyki, wielkich planach, marzeniach i o tym, że naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie, żeby je realizować.

Ruszamy zatem z krótkim opisem…

 

Hit The Road Jack!

Filmowa historia zaczyna się w momencie, gdy nasz główny bohater (w tej roli oskarowy i rewelacyjny Jamie Foxx) – niewidomy od siódmego roku życia Ray – udaje się na przesłuchanie muzyczne. Chwila ta niepomiernie zaważy na jego życiu i od tej pory staje się ono szeregiem artystycznych sukcesów i mniejszych lub większych życiowych potknięć. Całość przeplatana jest retrospekcjami Raya z czasów chłopięcych (kiedy to jeszcze był widział) i z czasów późniejszych, gdy wzrok już stracił. Z retrospekcji tych dowiadujemy się również o tym, jaki ślad na psychice mogą odcisnąć pewne wydarzenia (aby nie zdradzać zbyt wiele, więcej pisał nie będę).

 

Let’s Mess Around!

Film jawił mi się również jako ciekawe spojrzenie na Amerykę tamtych lat. Nie wiem dlaczego, ale lata 30. czy też 50. ubiegłego wieku w różnych wydaniach filmowych mają dla mnie jakiś bliżej nie określony czar, coś co przykuwa, zachwyca, wywołuje różne emocje. Ciężko to bliżej określić…

 

Wracając do tytułu akapitu, wszystko tak naprawdę zaczęło się od tego utworu. Całe zamieszanie zapoczątkowała ta piosenka (Mess Around), której słuchała wtedy (i dzisiaj) Ameryka. Cały obraz jest też ciekawym studium tego, jak w tamtych czasach budowało się sukces, co oznaczał „American Dream”, jak świat muzyki przenikał się z kuszącym światem dolarów. Film uczy też m. in. tego, że pomimo sukcesów, pieniędzy i sławy – warto, a nawet trzeba pozostać sobą, co niewątpliwie czynił Ray Charles, zarówno w sferze muzyki, jak i w swoim kontrowersyjnym stylu bycia.

 

I’ve Got a Woman.

Życie Raya to także burzliwa historia jego romansów, skoków w bok, kobiet i nieślubnych dzieci. Niemniej ważnym „romansem” był ten najbardziej toksyczny – czyli przygoda w świecie narkotyków, z femme fatale w roli głównej, a więc heroiną, którą Ray przez lata zażywał. Naświetla to moim zdaniem pewien ważny problem: wbrew naszym wyobrażeniom czy też przekonaniom, światowe sławy i bożyszcze tłumów to również ludzie z krwi i kości, ludzie, którzy wpadają w nałogi, którymi rządzą słabości, którzy pomimo silnej osobowości mają problemy nie inne niż wielu z nas.

 

Georgia On My Mind.

Urodzonego w stanie Georgia Raya Charlesa spotkała pewna przykra „niespodzianka”. Odmówiwszy występu dla segregowanej rasowo (podzielonej na „czarnych” i „białych”) publiczności, otrzymał dożywotni zakaz koncertowania w tym stanie. Racja i słuszność była po jego stronie, toteż film ukazuje, że artysta i jego twórczość może być skutecznym narzędziem w walce ze stereotypami i niesłusznością poglądów. Należy pamiętać, że to on pierwszy zaczął walczyć w ten sposób. Po latach stan Georgia i jego władze zrehabilitowały się artyście i zniosły wcześniejszą decyzję sądu, jednocześnie mianowały utwór „Georgia On My Mind” oficjalnym utworem tego stanu.

 

Let The Good Times Roll

Wraz z nadejściem dobrych czasów dla Raya, zdobyciem popularności i rzeszy fanów, przyszedł dla niego czas na zmiany. Zaowocowało to podpisaniem nowego kontraktu z wytwórnią promującą od tej pory jego nagrania. Niejako przy okazji z filmu dowiadujemy się, że świat wielkich artystów, to jednocześnie świat wielkich pieniędzy i biznesu, a także świat dorobkiewiczów, którzy ten biznes chcą robić kosztem innych. Czyli jednym słowem żerować na nieswoim sukcesie. Swojego rodzaju rewolucją był kontrakt wynegocjowany przez Raya z wytwórniami. Oprócz rewolucji muzycznej przeprowadził on też rewolucję muzycznego biznesu.

 

Z racji swoich życiowych wzlotów i upadków, a także ogromnego sukcesu i wielkich dokonań na polu sztuki, jaką jest muzyka, Raya Charlesa określam jako postać tragiczną, ale jednocześnie piękną. Doświadczony przez los człowiek i jego tak naprawdę jedyna wielka miłość – jego twórczość to temat nośny, wykorzystany do przekazania pewnych uniwersalnych treści. Jednocześnie jest to piękna historia o sile i znaczeniu muzyki, pokonywaniu barier, jaką niewątpliwie jest brak wzroku i po części szkoła życia. Mam nadzieję, że ta krótka i skromna recenzja zachęci ewentualnych czytelników do sięgnięcia po ten film. Polecam z czystym sumieniem, bo tak dobrze nakręconego kina, które przykuwałoby uwagę już od pierwszych scen – nie oglądałem już dawno.

 

 

Wersja PDF do pobrania

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s