O różnościach poważnie lub mniej poważnie.

Moich pięciu braci [opowiadanie]

Dzisiaj postanowiłem umieścić krótkie opowiadanie, które napisałem pewnego wieczora dla przyjaciół, którzy, że tak to nazwę, „siedzą w temacie”🙂 Mam nadzieję, że im się spodoba, i że znajdą chwilę i chęci na przeczytanie.

Ołowiane, ciężkie niebo wisiało nad naszymi głowami. Dzień miał się już ku końcowi. Z racji tego, że zbliżał się zmrok, rozbiliśmy obóz na skraju liściastego lasu. Chłopaki z przodu obserwowali teren, inni składali broń w namiotach, reszta grzała się przy ognisku. Ja usiadłem pod rozłożystym drzewem i póki jeszcze było widno, wyjąłem notes, ogryzek ołówka, który dokładnie pięćdziesiąt dni temu zwinąłem ze sztabu razem z notesem. Przez łzy ledwo widziałem co piszę. Słowa powoli zapełniały małe, białe kartki.

5 lutego.

Ledwośmy zakończyli trening, a już rzucili nas w sam środek walk. Decyzją sztabu nasza kompania miała dołączyć do reszty chłopaków na pierwszej linii, gdzie byli ostro przyciśnięci przez cholernych Niemców. Od początku postanowiliśmy, że za wszelką cenę musimy trzymać się razem. Ja, Luke, Bart, Martin, Tom i George. Nasza paczka. Wiedzieliśmy, że będzie ciężko. Że rozkazy mogą nas rozdzielić. Że wojna i kule mogą nas rozdzielić. Ale jeszcze przed wyjazdem z obozu szkoleniowego każdy z nas złożył honorową przysięgę swoim nowym braciom, że cokolwiek by się działo, będziemy razem. Trzy dni później zaczęła się dla nas prawdziwa wojna i sprawdzian, dla danego słowa i nabytych umiejętności.

Między słowa wkradł się łyk gorącej gorzkiej kawy z termosu i rzut oka na chłopaków przy ognisku. Śmiali się, rozmawiali, a gdzieś daleko w lesie świszczały kule i grzmiały działa.

9 lutego.

Dzisiaj zginęło trzech naszych. Pierwsza śmierć, która miała miejsce w naszej kompanii. Pierwsza krew. Pierwszy szok. Traf chciał, że pierwszym, który oberwał, był młody Johnny. Miał 18 lat, zgłosił się na ochotnika. Chciał zyskać w oczach ojca. Był pełen młodzieńczej energii, która go zgubiła. Jakby wierzył, że sam może wygrać wojnę. Tego ranka śmiał się, że dokopie Szwabom. Kilka godzin później, wykrwawiał się na naszych oczach. Zanim sanitariusz zdążył dobiec i cokolwiek zrobić, jego oczy zgasły i wypełniły się śmiercią. Dwóch kolejnych, którzy polegli tego dnia, prawie nie znałem. Ich nazwiska widziałem po raz pierwszy. Pierwszy był zwykłym szeregowym. Drugi z nich był sierżantem. „Ja też jestem sierżantem” – pomyślałem wtedy – „Kiedyś to mnie będą chować”. Kiedy pojawiła się śmierć, zacząłem się bać. Panicznie się bać. Wcześniej były tylko karabiny, trochę strzałów i Ci pieprzeni Niemcy.

10 lutego.

Dalej na północ. Takie były rozkazy dowództwa. Tego dnia mieliśmy do pokonania ponad trzydzieści kilometrów. Nie miałem siły, ani czasu, żeby o czymkolwiek myśleć, a tym bardziej zapisać. Kiedy nadeszła noc i mogliśmy odpocząć, pozwolono nam spać aż 4 godziny. Bogu dzięki wreszcie się wyśpimy.

13 lutego.

Stało się. Pierwszy opuścił nas Luke. Nasza kochana morda Luke. Chłopaków sponiewierało. Kilka dni chodzili jak struci. W życiu nie widziałeś bandy chłopów ryczących jak dzieci, tak jak my tego dnia, tego pieprzonego trzynastego. Luke nigdy specjalnie się nie wychylał. Zawsze wolał iść nieco z tyłu, zawsze był czujny, spostrzegawczy. Pech chciał, że czujny był także niemiecki snajper, który postanowił zapolować właśnie na Luke’a. Kiedy po przegrupowaniu się stwierdziliśmy, że nie ma go z innymi chłopakami, coś nas tknęło. Pół godziny później widzieliśmy otwór po kuli, która wydarła z niego życie. Tego dnia nie byliśmy już w stanie walczyć. Po tym dniu byliśmy już inni. Coraz bardziej stawaliśmy się braćmi, coraz mniej żołnierzami. Za wszelką cenę przeżyć, to było nasze motto. Stare: „Skopać dupę Niemcom” odstawiliśmy na dalszy plan. Pierwsze było celem, drugie środkiem do tego celu osiągnięcia. Wieczorem postawiliśmy Luke’owi wysoki krzyż. Martin wystrugał na nim jego inicjały, a my położyliśmy pod krzyżem nowy hełm, na tamten nie mogliśmy patrzeć. Ostatni spod grobu wrócił Tom. Słyszałem jak wrócił w nocy i ciągle płakał. Zasnąłem, kiedy uznałem, że i on śpi.

18 lutego.

Tych kilka dni po tym, jak L. nas opuścił, było torturą. Nikt z Nas się nie odzywał, ja na ten czas zapomniałem o notesie. Czuliśmy, że każdy z nas może być następny, ale woleliśmy unikać tego tematu. Tego dnia odbyliśmy tylko jedną, jedyną rozmowę na ten temat. Od tej pory, byliśmy już gotowi na to, że któryś z nas może oberwać. Ale żaden z nas nie godził się na to, że nasza piątka straci kolejnego. Widziałem to po ich twarzach i oczach. Szczególnie oczach. Tego dnia dotarło do mnie, że lepiej zginąć, niż chować braci.

19 lutego.

Dużo walki, kilku rannych, uzupełnienia amunicji i wsparcie chłopaków z Ósmej. Jakoś daliśmy radę.

21 lutego.

Im dłużej walczyliśmy tym bardziej rosło w nas pragnienie życia. Gdzieś głęboko w środku czuliśmy, że może się nam udać. Martin też mi o tym powiedział, też o tym myślał. Reszta chłopaków pewnie miała podobnie. Martin tego dnia napisał krótki list do rodziców Luke’a. Podpisaliśmy się pod nim wszyscy.

26 lutego.

Ile wart jest trening i ile zawdzięczamy wymagającemu kapitanowi z obozu szkoleniowego – o tym przekonaliśmy się tego dnia. Jeden z naszych oberwał, więc Bart musiał go nieść. Co jakiś czas zmienialiśmy się. Rannemu udało się przeżyć, a ja przyznałem w duchu, że warto było przeklinać pod nosem na tego cholernego sadystę z placu ćwiczeń. Bez niego nie dałoby się uratować tego Steve’a, czy jak tam temu, cośmy go targali na plecach przez dobre cztery kilometry.

28 lutego.

Chciałem umrzeć. Chciałem dzisiaj umrzeć za nich. Modliłem się o śmierć, byle tylko wrócić im życie. Toma i George’a trafił szkopski granat. Miałem ochotę wymknąć się w nocy z obozu i samemu ostrzelać tych pieprzonych faszystów. Powstrzymało mnie tylko to, że warta tego wieczoru była wyjątkowo czujna. Spać nie mogłem – przed oczami, gdy tylko zamknąłem powieki, miałem ich dwóch. W niecały miesiąc po skończeniu treningu zostało nas trzech. Trzej cholerni muszkieterowie. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, tak było od początku i tak miało być do końca. Bart i Martin sami zadbali o pogrzeb. Ja nie dałem rady. Przekazałem im tylko zieloną, wojskową chustę, z napisaną jakąś sentencją, nie pamiętam już jaką, aby położyli im to pod grobem. Więcej nie byłem w stanie zrobić.

11 marca.

Dawno nie pisałem. Chyba nie było o czym. Wprawdzie kampania naszych wojsk posuwała się sukcesywnie naprzód, ale z takim zamiarem przecież tu przyjechaliśmy. Mimo, że naszej armii wiodło się w boju, dla mnie była to już przegrana wojna. Połowa mojej armii nie żyła. I to się nie zmieni. Musieliśmy dołożyć wszelkich starań, żeby nie było gorzej.

Martin i Bart dostali dzisiaj przesyłki ze sztabu. Dostarczane do rąk własnych, posłańcem. Popołudniem tego dnia przyszli mi powiedzieć. Zostali wybrani do odznaczenia. Medal za szczególne zasługi. Fakt, chłopaki starali się, dawali z siebie więcej niż inni, należało im się. Gratulowałem im serdecznie, zdobyłem się nawet na uśmiech. Pomyślałem wtedy… Moja i ich wojna wyglądała inaczej. W nich była ciągle ta iskra, która pozwalała im walczyć, szukać sensu tej wojny, o ile był takowy. Nie rozumiałem tego. Tłumaczyłem to sobie po swojemu, że walczą za naszych chłopaków, za Luke’a, Toma i George’a. Ja zaś, co prawda wykonując wszelkie powierzone mi zadania i rozkazy, starałem się po prostu przeżyć; iść, jak to się mówi, po najmniejszej linii oporu. Martin i Bart byli inni. Podziwiałem ich za to, a to dawało mi siłę.

Tego dnia mieliśmy trochę wolnego. Mimo że było ciągle dosyć chłodno, poszliśmy nad rzekę, żeby się umyć i wyprać, co potrzebne. Woda wciąż była mroźna, ale była to pierwsza kąpiel od półtora miesiąca. Potem rozgrzaliśmy się przy ognisku, zjedliśmy racje (umiałem je przyprawić w ten sposób, żeby nadawały się do jedzenia, więc kolacja była niczego sobie, jak na żołnierskie warunki) i spaliśmy przy ognisku. Następnego dnia mieliśmy ruszać w ciężki bój.

14 marca.

Mieliśmy za sobą trzy dni walki. Byliśmy wykończeni, ale udało nam się przebić przez silne niemieckie umocnienia, więc mogliśmy liczyć na wsparcie i transport rannych. W obozie panowała atmosfera zwycięstwa. Kilkunastu naszych zginęło, ale to było do przewidzenia. Dobrze,że ofiar nie było więcej. Wkrótce poległych zastąpili chłopaki z uzupełnień. Nowe, nieznane twarze, twarze, których nie chciało się pamiętać. Zbliżał się termin, kiedy mieli nas zluzować z frontu. Liczyliśmy dni. Byle do końca kwietnia. Martin dostał list od swojej narzeczonej. Musiał dać radę dla niej. Ja chciałem przeżyć dla chłopaków. I dla siebie. Po prostu. Gdzieś w środku masz zawsze coś z egoisty. Im bliżej końca, tym bardziej troszczysz się o własną dupę. Było mi trochę wstyd z tego powodu.

19 marca.

Bart napędził nam stracha. Myśleliśmy, że już po nim. Okazało się, że ukrył się w jakiejś starej szopie. Ale w ramię oberwał. Martin osobiście opatrzył mu ranę, miał ukończony kurs medyczny w trybie przyspieszonym. Zawsze zastanawiałem się, po co mu to. Choć rana nie była poważna, martwiliśmy się, a ja cieszyłem się, że to Martin się nim zajmuje, a nie jakiś łapiduch z sanitarki. Martin dobrze się spisał, zdezynfekował i zszył ranę. Tej nocy wszyscy trzej spaliśmy w tej starej szopie, na sianie. Wyspałem się jak nigdy.

26 marca.

Dzisiaj wszyscy trzej zostaliśmy zrównani stopniem. Każdy z nas był sierżantem i pod dowództwo objął drużynę. Oznaczało to koniec pewnej epoki. Do tej pory chłopaki byli moimi podkomendnymi i choć nigdy nie uznawali służbowego stosunku do stanowiska, które obejmowałem, dobrze było mieć ich pod sobą. Teraz, kiedy mieli własne drużyny, walczyliśmy osobno. Widzieliśmy się dopiero pod koniec dnia, czasem byliśmy rozdzieleni przez dwa dni, lub nawet więcej. Walczyliśmy, a ja w głowie miałem jedną myśl – co z nimi, jak sobie radzą, czy wszystko z nimi w porządku. Rozkazy wydawałem automatycznie, choć wcale nie błędnie. Czułem się trochę jak nie człowiek.

26 kwietnia.

Kiedy nie widziałem chłopaków, nie miałem o czym pisać, a czas mijał szybko. Do końca zostały nam cztery dni. Każdy z nas napisał list do rodziny, że to już niedługo, że wracamy. Zanim listy dojdą, my będziemy już w cywilu, a niedługo potem w domu.

1 maja.

Razem z Martinem byliśmy już w cywilu. Wracaliśmy z pogrzebu Barta. W czarnych garniturach szliśmy bez słowa. Powiedziałem po chwili: „Był dobrym żołnierzem”. Więcej się nie odezwałem. Kilka dni temu pisaliśmy w listach o powrocie do domu. Bart wrócił w dębowej trumnie, zawiniętej we flagę. Zmarł dwa dni przed końcem, trafili go w szyję. Został tylko Martin i ja. Cieszyłem się, że nam się udało, ale wojna zabrała mi czterech braci. Luke, Tom, George i Bart nie dali rady. Ale dobrze walczyli. Walczyli lepiej niż inni. Walczyli jak moi bracia. Byłem z nich dumny.

Po tych wydarzeniach postanowiłem wrócić do wojska, żeby walczyć za nich. Na przepustce byłem do końca maja. W czerwcu wróciłem na front. Teraz mieliśmy październik, a wojna miała się ku końcowi. Siedziałem teraz pod drzewem, ściskałem w ręku malutki notes, a wokoło zapadał już zmrok. Litery napisane ołówkiem ledwo odcinały się na papierze. Ale w pamięci miałem każde słowo, które zapisałem.

Idąc na wojnę mieliśmy świadomość, że tam czeka śmierć. Ale żyliśmy nadzieją. Najpierw każdy z nas osobno, później wzajemnie się dopingowaliśmy. Wojna zabierała nas po kolei. Było to coś, co odcisnęło piętno na całym moim życiu. Postanowiłem, że słowa zapisane w notesie wyślę rodzinom moich pięciu braci, aby dać im wyraz tego, cośmy razem przeżyli, jak razem walczyliśmy i jak śmierć zbierała swoje straszliwe żniwo. Mimo że wojna rozdzieliła nas na zawsze, to dzięki niej staliśmy się prawdziwymi braćmi, nawet ponad śmierć i ponad czas.

Wiele lat później spotkaliśmy się z Martinem i wspominaliśmy tamte czasy. Pokazałem mu wtedy moje zapiski z tamtych dni. Rozmawialiśmy długo. Później wybraliśmy się, aby odwiedzić groby naszych poległych przyjaciół. A kiedy wracaliśmy, ołowiane, ciężkie niebo wisiało nad naszymi głowami.

Wersja PDF do pobrania


2 responses

  1. Andy_65

    Fajnie się czytało, tylko krótkie trochę. Ale ogólnie mi się podobało. Pozdr😉 andy_65

    15 Marzec 2011 o 18:14

  2. Dawidson

    Dobre , dobre i jeszcze raz dobre ; D

    18 Marzec 2011 o 20:56

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s