O różnościach poważnie lub mniej poważnie.

Filadelfia

Plakat promujący film

Andrew Beckett jest wziętym adwokatem pracującym dla jednej z największych kancelarii prawniczych w Filadelfii. Jest też homoseksualistą, o czym nie wiedzą jego pracodawcy. Pewnego dnia okazuje się, że Andrew jest chory na AIDS. Przez pewien czas udaje mu się to ukryć, lecz w końcu szefowie orientują się. Adwokat zostaje zwolniony z pracy pod zarzutem niedopatrzenia obowiązków i narażenia klienta firmy. Jednak Andrew domyśla się, co było powodem zwolnienia: jego choroba. Wiedząc, że jest to naruszenie prawa, postanawia wytoczyć proces swojej dawnej firmie.

 

Jakiś czas temu miałem okazję obejrzeć film pt. „Filadelfia”. Film nie jest może tak zwanej „pierwszej świeżości”, ale pomimo upływu lat nie zestarzał się wcale (IMO zawiera pewne uniwersalne przesłanie i prawdy, które swą aktualność potwierdzają w konfrontacji wydarzeń filmowych z naszą rzeczywistością). Sam tytuł filmu latami przewijał się gdzieś na antenie telewizyjnych stacji i tym samym utkwił mi w głowie. Jako, że dziwnym zbiegiem okoliczności nigdy nie miałem sposobności go obejrzeć, postanowiłem w końcu to uczynić. Jak mawiają mądrzy ludzie: „wszystko ma swój czas”. Toteż w ślad za nimi powtórzę i ja, co z pewnością mądrości mi nie przyda, ale to prawda niezaprzeczalna. Przyszedł więc i czas na „Filadelfię”. Do filmu podchodziłem z dużym dystansem, ciekawością, ale z drugiej strony z wielkimi oczekiwaniami. Z jednej strony wiedziałem, że problematyka fabuły do najłatwiejszych nie należy (tym bardziej sposób realizacji filmu był obiektem mojej rosnącej ciekawości), z drugiej zaś – za filmem przemawiały pochlebne recenzje i dwa wielkie nazwiska (a w zasadzie trzy, wymienię w tym miejscu oczywiście Toma Hanksa, Denzela Washingtona i Antonio Banderasa). Wielka Trójca, jeżeli chodzi o aktorstwo. Do Panteonu naszych filmowych bóstw, dla dokładności, dodajmy reżysera – Jonathana Demme’a, który w momencie kręcenia „Filadelfii” miał już w swoim dorobku „Milczenie Owiec” i „Dziką Namiętność”. Wszystko zapowiadało się świetnie: aktorstwo z pierwszej ligi – jest, uzdolniony reżyser – jest, fabuła z olbrzymim potencjałem i polem do popisu – jest, no więc się zaczęło. A gdy się skończyło… cóż, ocenę, jaką wystawiłem każdy widzi (10/10), a warunkuje ją kilka składowych:

 

Po pierwsze – aktorstwo. Wielka Trójca dawała nadzieję na wspaniałe widowisko. I nie były to nadzieje puste. Para głównych bohaterów uzupełnia się znakomicie, wnoszą do filmu wiele dobrego. Tom Hanks, jak zwykle spisał się rewelacyjnie. Myślę, że jego osoba była strzałem w dziesiątkę. Szczególnie podobała mi się scena, tuż po tym, kiedy Andy i Joe przygotowują listę pytań i odpowiedzi przed jedną z rozpraw – scena z arią. Tak, na dobre zapadła mi w pamięć.

 

Drugim niewątpliwym atutem jest problematyka utworu, która aktualna jest również dzisiaj. Oto mamy przejmujący i wzruszający obraz o tolerancji, przekonaniu o wartości sprawiedliwości, o odmienności, o pięknie miłości i walce o swoje prawa. Przy tym film nie wydał mi się jakoś specjalnie moralizatorski. Zamiast tego podziwiamy opowieść, w której mamy okazję niejako uczestniczyć. Jest to przy tym film brutalny pod względem tego, że bez pardonu odziera widza ze złudzeń, czy kłamstewek, co do własnych przekonań, spojrzenia na pewne sprawy. Nie wiem, jak podczas seansu zachowywali się inni widzowie, lecz ja miałem w głowie między innymi to, jak ja zachował bym się w tej czy innej sytuacji, jak postąpiłbym na miejscu Joe’go, jakimi słowami określiłbym prawdę na temat Andy’ego. Ludzi można oszukać, ale wydaje mi się, że przed samym sobą łgać się nie da. Film więc odziera nas niemal do naga, jeśli chodzi o ukazanie naszego poglądu wobec zaistniałej sprawy, skłania do refleksji, a naszą postawę z kolei konfrontuje z przeżyciami i uczuciami głównego bohatera, jakże wyrazistego. Tak więc oto główny bohater, jak i widz stają się widzem i bohaterem z krwi i kości. A znać prawdę o sobie – to wartość „dodana” tego filmu.

 

Numer trzy to moim zdaniem brak przesadnej sztuczności i swoista „naturalność” w przedstawianiu faktów. Nic tu nie jest naciągane, nic nie jest przesadne. Jest za to pewna ilość delikatności i umiaru, za co film niezmiernie cenię.

 

Po czwarte, ukazanie opinii społeczeństwa i tu – ponownie, konfrontacja tegoż stanowiska z żywym człowiekiem, Andrew Beckettem. A stanowisko to znamy nie od dziś: nietolerancja, brak zrozumienia dla odmienności, znikoma wiedza na temat problemu, czyli słowem wylęgarnia błędnych opinii i stereotypów.

 

Piątka to zaś zaleta, która chyba najbardziej wpływa na ten film. Dążenie Andy’ego do sprawiedliwości. Przekonanie o sile prawdy, poszukiwanie spokoju ducha i walka z oszczerstwem, zakłamaniem i nietolerancją po to, aby pokazać jaka jest rzeczywistość. Tak naprawdę film można dzięki temu potraktować jako historię o heroicznej walce o prawdę i wewnętrzny spokój, jako dwóch wartościach, które w życiu naprawdę coś znaczą.

 

Ponadto jest to produkcja która pokazuje, że sprawiedliwości i pewnych wartości warto i trzeba bronić za wszelką cenę. Nie dla pieniędzy, czy też sławy, nie o to przecież główny bohater zabiegał.

 

I moim zdaniem przesłanie najważniejsze: że mężczyzna który jest homoseksualistą, jest przede wszystkim mężczyzną (człowiekiem), a dopiero na drugim (tak naprawdę  to na o wiele dalszym) miejscu homoseksualistą. Film, który uczy dostrzegać najpierw człowieka i to, jaki jest (co stanowi o jego wartości), a nie tego, by dostrzegać kim jest, nie dostrzegając istoty ludzkiej za kamiennym murem zbudowanym z cegiełek naszych stereotypów. Jest to więc swoista skarbnica mądrości. Warto czasami przez chwilę zastanowić się nad czymś głębiej, nie tylko nad tematyką filmu i naszymi poglądami co do niej. Okazuje się bowiem, że często nasze wyobrażenia, czy przekonania, nie są zgodne z tym, czego nie umiemy określić sprawiedliwą miarą.

 

Jak dla mnie ocena 10/10 należy się bezwzględnie, ale, jak zwykle to tylko moje zdanie.😉

2 responses

  1. :)

    Moim zdaniem również 10/10😉

    25 Styczeń 2012 o 01:08

    • Cieszę się🙂

      Film ten gdzieś zawsze przewijał się w moim życiu, gdzieś dawno temu, gdy jeszcze dziecięciem byłem.

      Wtedy nie oglądałem go z różnych powodów: a to rodzice nie pozwalali, a to późna pora, a to jeszcze nie było czasu. Jednak z perspektywy czasu cieszę się, że obejrzałem go tak późno. Gdybym obejrzał go dawno temu, pewnie wielu problemów nie potrafiłbym zrozumieć (dzisiaj też wielu nie rozumiem, ale film na swój sposób interpretuję), obrazu jako całości bym nie docenił. Na pewno jeszcze do niego wrócę. Zasłużona dziesiątka dla filmu i równie słuszny Oskar dla Toma Hanksa, dał popis aktorskich umiejętności.

      Nie sposób nie wspomnieć o kultowej piosence, która pojawiła się w soundtracku do tego filmu🙂

      25 Styczeń 2012 o 01:36

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s